sobota, 7 listopada 2009

Moja magisterka

To już ten czas by się za to zabrać powolutku, moja dorosłość zbliża się powoli. W ogóle dziś zmieniam swoje życie:)

Temat roboczy „Projekt i wykonanie robota mobilnego poruszającego się pod szklanych ścianach”


Celem pracy
jest zamodelowanie a następnie wykonanie robota mobilnego, który będzie w stanie poruszać się po szklanych ścianach budynku. Robot ten będzie miał za zadanie czyścić szyby z zanieczyszczeń.

Wstępny zakres pracy wykonanie modelu 3D konstrukcji robota, która będzie umożliwiała poruszanie się i czyszczenie różnorodnych powierzchni przy zachowaniu jak najlepszej efektywności i przy możliwie jak najmniejszych gabarytach. Dobór napędów i elementów układu sterowania. Wykonanie programu. W miarę możliwości również wykonanie fizycznie. Wykorzystanie m.in. elementów pneumatycznych i sterowników PLC (Unitroniks).

piątek, 6 listopada 2009

Prezent urodzinowy

Bo czasem człowiekowi do głowu przyjdzie głupawy pomysł:)

poniedziałek, 2 listopada 2009

Czas coś i napisać


Minął już dobrze ponad miesiąc od przyjazdu tutaj. W zasadzie nadal nic się nie dzieje, ot czasem się postudiuje (ale nie za dużo) czasem coś wypije (ale nie za mało) czasem coś ugotuję (wyrabiam sobie tu powolutku fanklub) a czasem gdzieś pojedzie. Ostatnio byliśmy w Porto. Miasto jest cudowne i warte spędzenia tam większej ilości czasu. Niestety byliśmy tylko na jedną noc ale za to spędziliśmy ją w towarzystwie przemiłej portugalskiej pary i jednego Brazylijczyka. A to wszystko dzięki couchsurfingowi. Do tego zdążyłem się załapać na pokaz mody, zwiedzanie winnic gdzie leżakuje Porto czy delikatne plażowanie. Więcej zdjęć kiedyś i gdzieś.

środa, 7 października 2009

21 dni...

Dziś mijają trzy tygodnie od kiedy zawitaliśmy do tego urokliwego miasteczka. Co mogę napisać po tych trzech tygodniach? W sumie już sporo, poznaję coraz więcej ciekawych ludzi, prawie już studiuję czy testuję wina nie droższe niż 1,5 euro:).
Samo miasteczko jest ciekawe i miłe ale bardzo małe i strasznie ale to strasznie górzyste. I wszędzie trzeba chodzić piechotą (co w sumie ma swoje plusy). Do tego Portugalczycy są dość przyjaźnie nastawieni do nas i nie robią większych problemów. Jedno co tu jest dziwne to to, że jest tu bardzo dużo Polaków. Myślę, że jest tu nas ponad połowa całej erasmusowej ekipy. Na szczęście ja nie mam jakichś szczególnych problemów z nawiązywaniem nowych znajomości po angielsku więc wielkich problemów nie mam. Do tego gotuję sobie sam, rozsyłam odpowiednie PR, że lubię gotować dla innych ludzi więc pewnie niebawem zacznę tu urządzać małe vegan uczty. Jedzenie tutaj jest całkiem w porządku, sporo świeżych produktów więc nie narzekam. Martwi mnie brak yerby ale tę przyślę sobie w paczce a ponadto są przecież Brazyleiros, którzy pijają matę. A propos nacji: jak wspominałem Polacy tu przeważają a w zasadzie przeważa Białystok. Pomijają Portugalczyków, którzy są w innej części akademika drugą co do wielkości grupa są Hiszpanie. Co więcej z jednym z nich mieszkam, całkiem sympatyczny facet, szkoda tylko, że słabo mówi po angielsku. W ogóle z Hiszpanami jest dość ciężko się porozumieć po angielsku. Do tego troszkę się izolują ale ja to ja i staram się jak nie drzwiami to oknem z nimi zintegrować. Kolejną grupą są Brazylijczycy. Świetni ludzie. Może nie mówią jakoś wybitnie po angielsku ale są bardzo przyjaźnie nastawieni i otwarci. Później są już pojedyncze osoby z takich krajów jak Rumunia, Belgia, Estonia, Słowenia, Czechy, Turcja, Słowacja czy Niemcy. Jest nawet jedna Chinka:) Po tych trzech tygodniach totalnie przestawił mi się zegar biologiczny tj. najwięcej energii mam tak między poniedziałkiem a czwartkiem, kiedy sa największe imprezy. W weekend natomiast jest tu spokojnie i wręcz nudno ale sprzyja to regeneracji sił po ciężkim tygodniu:)

piątek, 18 września 2009

By poczuć smak życia:)

Wracam do blogspota bo tu wygodnie i w ogóle. To na początek.
Cała wyprawa zaczęła się we wtorek o 5 rano, wsiedliśmy w auto i z małymi problemami dotarliśmy do Krakowa. Szybciutki lot do Londynu, tam kilka godzin czekania i kolejny lot, tym razem do Porto. Rzadko zdarza mi się by jakiś widok zachwycił mnie aż tak ale widok oświetlonego Porto w pokładu samolotu naprawdę robi wrażenie, coś pięknego. Potem czekaliśmy prawie 9 godzin na autobus do Covilhy. Na lotnisku było cicho i pusto a same lotnisko wyglądało nawet ładnie. W każdym razie to było długie 9 godzin przerywane czasem snem i szukaniem internetu. Rano metro, potem szukanie dworca autobusowego i wizyta w kawiarni. Jedna rzecz, która od razu mi się spodobała tutaj to kawiarnie, robią wyśmienita kawę, która kosztuje zazwyczaj ok 0,5 euro - jestem w raju:). W końcu doczłapaliśmy się na miejsce, wizyta na uniwerku a potem do akademika. Wtedy też zauważyliśmy jak bardzo górzystym miejscem jest Covilha. Spacer do sklepu po wino (kolejna ciekawostka, najtańsze są po 0,9-1,5 euro) to jakieś 25 minut z czego powrót jest pod górkę i to taką prawdziwą. W kazdym razie pierwszego dnia pociekaliśmy po mieście, spotkaliśmy Portugalczyka, który studiował dwa lata w Polsce, pobłądziliśmy i wróciliśmy do akademika totalnie zmęczeni ale po 20 minutach zaczęliśmy imprezę w kuchni z innymi erasmusami. Impreza jak to impreza, skończyła się wizyta w klubie i powrotem o 6 rano do akademika. Przed wejściem wypiliśmy jeszcze jakąś sangrię czy coś. W każdym razie zuo:) Potem ciężkie wstawanie, wizyta na uniwerku i spotkanie z naszym wyluzowanym koordynatorem. Potem, niespodzianka, znów impreza, znów skończyła się wizytami w kilku klubach i karaoke:) Tym razem byliśmy wcześnie bo o 5 rano:) No a dziś spanie i kacowanie. Za chwile pewnie kolejna impreza:) To będzie wesołe pół roku.

czwartek, 11 grudnia 2008

niedziela, 30 listopada 2008

Pionek 9

Po każdym Pionku obiecywałem sobie, ze postaram się napisać wreszcie porządną relację okraszoną zdjęciami. Tym razem zaczęło się dobrze bo nie zapomniałem aparatu. Wyruszyliśmy wraz z Wojtkiem i Dominiką z Krakowa w sobotę rano. Co ciekawe po drodze spotkaliśmy ...śnieg. W końcu to listopad ale tego się nie spodziewałem, chyba tylko hiszpańska inkwizycja zaskoczyła by mnie bardziej. Można by rzec, że te oznaki zimy zaskoczyły mnie niczym drogowców. Dobra mam lekkie zboczenie na punkcie śniegu:)
Na miejsce jednak dojechaliśmy bez problemu. Wchodzimy na piętro a tu pierwsze zaskoczenie: akredytacja, szatnia i wypożyczalnia gier została zlokalizowana piętro niżej. Ale nic to, zapisaliśmy się i rozpłaszczyliśmy a potem zapoznaliśmy się z biblioteką. Wtedy też naszły mnie dwie myśli: Ci biedni ludzie to się chyba zanudzą na śmierć i łamigłówki dla jednej osoby będą miały chyba wśród nich wzięcie:) No i poszedłem na to główne najwyższe piętro i zobaczyłem to co zwykle: graczy i stoły czekające na kolejnych graczy bo w sumie dopiero było kilka minut po dziesiątej. No to poszedłem sobie do kącika gier logicznych, wziąłem łamigłówkę i zacząłem rozwiązywać jedną z nich. A potem (potem to znaczy po 15 minutach walki z drewnianą kostką) Kornik pokazał mi świetną Manę. To naprawę niesamowita gra z jedną wadą która dla mnie jest dyskwalifikującą - jest zrobiona ze skóry, naturalnej skóry. Sztuczna byłaby ok, naturalna niestety odpada no ale ja jestem zboczony. No ale w przypływie emocji zapisałem się na turniej gier logicznych. Jako, że spodziewałem się szybkiego odpadnięcia postanowiłem nie iść na obiad tylko pograć w głupie ale strasznie radosne Rythme and Boulet, kto by pomyślał, że klaskanie potrafi przynieść tyle radości? A potem Dominion i kilka fotek Byłbym zapomniał o partyjce w Carrom, bardzo mi się spodobało to psrtykanie. No i poszedłem sobie pokombinować nad gierkami logicznymi. Samego konkursu nie będę opisywać (bo zająłem zaszczytne miejsce 5-8:) ale poznałem 2 świetne gry: Kogworks i jeszcze lepsze Quarto. Ale niestety na graniu zeszło tyle, że bar wegetariański "Zielony osioł" czyli moje osobiste odkrycie ósmej edycji Pionka będzie musiał poczekać kolejne 3 miesiące. Do końca zostało trochę czasu na partyjkę (a jakże) Dominiona i Prawa Dżungli i trzeba było się zbierać na nocleg do Alka. Tam zagraliśmy w gierki idealne na wieczór i noc - Brass i Neuland:) Ale najtwardsi Jax i Sztefan grali do chyba 4 nad ranem w Jambo. A potem nagle niedziela, trochę Neuroshimy, debiut w Pitchcara Mini (radosne i zaszczytne 8 miejsce i chyba 15 krotna próba przeskoczenia mostku:) No a potem już tylko krótkie partie w Quarto, Abalone, Dvonn. Potem gratulowano zwycięzcom (aż dziwne, że nikt nie bił braw w rytm z Rythm and Boulet:), rozdawano nagrody (nawet się załapałem na dwie:) Na sam koniec zdążyłem wreszcie przetestować dodatek do Neuroshimy Hex i wstępnie ocenić przydatność armii. No i co trzeba było zbierać graty i jechać do domu.
Jedna myśl jaka mi się narzuca to taka, ze strasznie dużo czasu spędziłem nad grami logicznymi i jak to je w zasadzie dla siebie odkryłem na nowo. Ale to dlatego, że doceniłem kunszt tych często niepozornych ale i czasem genialnie wyglądających prostych w tłumaczeniu gierek. Za co wypada podziękować Kornikowi. Bo zamiana jednych kostek na inne potrafi czasem jednak znudzić jak to ładnie ujął. Chciałbym podziękować też Trzewikowi i reszcie pomarańczowych koszulek za to, że im się chciało, i Wojtkowi i Rathiemu za transport, i Alowi za nocleg. W ogóle to chciałem podziękować wszystkim z którymi grałem, których poznałem i którzy to momentami łamali sobie język o mój nick. Było super. Już za trzy miesiące, już za trzy miesiące...
p.s. Na Mojej Picassie powinny pojawić się zdjęcia z imprezy, zapraszam.